Magia jakaś czy co?

18 komentarzy

„Zafarbuj włosy! Raz się żyje. Na pewno dobrze wyjdzie!” takimi oto słowami mój mężczyzna przekonał mnie do zakupu farby „Jasny popielaty blond”… ba nawet pomógł mi ją nałożyć na włosy – ideał i złoto, a nie mężczyzna. :roll:
I jakże wielkie było moje zdziwienie po 40 minutach. Miodowy brąz… a może ciemny blond z rudym połyskiem… ?!
… tak się obserwowałam w lustrze paręnaście minut… z miną mniej lub bardziej dziwną. Zastygłam niczym posąg… Przeanalizowałam wzdłuż i wszerz. Po dłuższym zastanowieniu, kolor mi się podoba. A właściwie podoba mi się to jak w nim wyglądam.  Tylko, że mój mózg nie może przetworzyć informacji, w jaki sposób zimny odcień farby mógł utworzyć ciepły odcień na moich włosach. To chyba MAGIA!

[źródło zdjęcia: tumblr]

Weekend dobiega końca, kolejny miesiąc się kruszy, a we mnie jakaś melancholia trwa od jesieni. Nie chce odejść. Wszystko wokół się rozpływa, przecieka przez palce… a ja stoję na środku wielkiej kałuży, bez butów… przemoknięta do najdalszych krańców duszy… gdzie Ci ludzie którzy obiecali trwać… nazwali się przyjaciółmi… a zniknęli niczym bańka mydlana.

Walka o każdy włos.

9 komentarzy

Chciałam się z wami dziś podzielić swoją historią-walką z nadmiernym wypadaniem włosów. Gdyż zauważyłam, że większa część moich znajomych ma ten sam problem.
Najczęstszymi przyczynami wypadania włosów są: nieodpowiednia dieta, stres, zmiany hormonalne i choroby (przebyte/trwające).
Ale tych przyczyn jest podobno baaardzo dużo. Na jednym z blogów znalazłam informację, że AŻ 200 KLIK (dodaję wam odnośnik to tego bloga).
Po swoich doświadczeniach wiem, że zanim rozpoczniecie walkę z wypadaniem włosów warto się zastanowić dlaczego wypadają i wyeliminować (jeżeli jest to możliwe) tą przyczynę.

Moje włosy zaczęły wypadać podczas odchudzania (jak również po nim) i nim się zorientowałam… miałam 2 razy mniej włosów niż normalnie. 8-O Właściwie to nie ja się zorientowałam, a moja mama. Wszystko zaczęło się w 2010 roku. Zmagałam się z tym problemem prawie 1,5 roku, a przez następny rok walczyłam o to by włosy zaczęły wyglądać lepiej i wierzcie mi robiłam prawie wszystko co mogłam i czego nie mogłam też. Patrząc z perspektywy czasu mogę stwierdzić, co przyczyniło się do wygrywania kolejnych bitew, jak i całej wojny włosowej!
Przede wszystkim postawiłam na zdrowszą dietę. Nie stosowałam niczego kosmicznego, a po prostu powoli starałam się przechodzić w coraz to bardziej urozmaiconą dietę.  Żadne suplementy polecane przez koleżanki, bloggerki i vloggerki nie zadziałały tak dobrze jak witaminy, mikroelementy z naturalnych źródeł. Jedynym wyjątkiem był tran w kapsułkach, bo od dziecka do ryb przekonać się nie mogę…
Kolejnym etapem było zrewolucjonizowanie mojej pielęgnacji i tym sposobem:
Pożegnałam się z wypakowanym silikonami szamponem z Fructisa (uwierzcie czy nie od tamtej pory moje włosy przestały się przetłuszczać :P).  Na jego miejsce przywitałam prawie całą serię Seboradin Niger.
Zaczęłam robić płukanki z herbatek ziołowych (pokrzywy, łopianu, skrzypu, lipy i nageitka) zastępując nimi czasem mycie włosów. Ponadto żeby włosy, jak i skalp nadmiernie się nie przesuszały stosowałam metodę OMO (odżywianie – mycie – odżywianie), lub raz myłam włosy szamponem, a drugi raz odżywką (bez silikonów!).
Codziennie wykonywałam masaż skalpu (też zaraz po nałożeniu wcierki).
Chociaż najbardziej przełomowym sposobem było rozpoczęcie olejowania włosów i skalpu. To był przełom i do dziś jest najważniejszym punktem mojej pielęgnacji.  Zaczęłam od olejku kokosowego i próbowałam wielu innych. Doszłam do wniosku, że systematyka w olejowaniu włosów może zdziałać cuda.
A ostatnimi czasy moim ( jak również mojego faceta) ulubionym jest olejek Khadi, za jego sprawą pojawiło się na mojej głowie tysiące małych baby-hair.
Wyrobiłam w sobie nawyk używania odżywek, masek do włosów i zaczęłam zabezpieczać końcówki, bo suche i porozdwajane końce włosów wyglądają co najmniej nieestetycznie, a dbać powinno się całościowo.


Wiem, że to może nie jest sposób uniwersalny, gdyż każdy z nas jest inny i ma inne potrzeby, ale chciałam polecić te  produkty które wg mnie są najbardziej godne uwagi:

Oczyszczanie: Szampon dla dzieci Hipp, żel do higieny intymnej Facelle
Odżywka: Granat i Aloes Alterra
Maska: wszystkie firmy Biovax     oraz  żel lniany (domowej roboty)
Wcierka: Lotion Seboradin niger    oraz napary z kozieradki, czarnuszki i pokrzywy
Olej: lniany, musztardowy, olejki z firmy Alterra, olej arganowy i Khadi.
Zabezpieczanie końcówek: olejek arganowy z firmy Marion
Pozdrawiam gorąco!

Future.

14 komentarzy

„Nadszedł sądny dzień” – pomyślała Cynamonowa – „dziś pożegnam się z 15 cm moich włosów”.
Dzień najbardziej przełomowy dla osoby, takiej jak ja, która unika fryzjera jak ognia.
Myślałam, że będzie bolało, że będę płakać i prosić fryzjerkę o „doklejenie tego co obcięła”.  Na moje szczęście trafiłam na kobietę rozumną. Co więcej, trafiłam na fryzjera, który zrealizował moją wizję. Tyle wygrać!
Jakże wielkie było moje zdziwienie, gdy po tym co zobaczyłam w lustrze, po prostu się uśmiechnęłam i … poczułam się wolna.
Z włosami straciłam jakby wielki kamień z serca.
Podobno tak to z nami, kobietami bywa, że drastyczne zmiany na włosach dokonują się w chwilach najbardziej przełomowych.
I wraz z każdym opadającym włosem, docierał do mnie mój nowy stan bytu… Przyszłość.
Nigdy tak mocno się na niej nie skupiałam. Nigdy nie była tak dużym celem. Zawsze była wyspą w oddali, do której się zbliżę, ale jeszcze nie dziś. Tyle lat szłam przez życie z odwiecznym postanowieniem Scarlett O’hara „pomyślę o tym jutro”.
I nagle dotarła do mnie… o dziwo pogłaskała po głowie i szepnęła… „będzie dobrze, tylko się nie poddawaj!”
Teraz jawi się w najpiękniejszych kolorach. Niczym oaza dla studzonego wędrowca…  Największe marzenie… A ja o krok od niego.
Powoli przygotowuję się do największego przełomu w moim życiu… z sercem na ramieniu, z motylami w brzuchu, z uśmiechem na twarzy… W głębi tylko coś ściska, z obawy, gdyby to wszystko mogło prysnąć niczym bańka mydlana.
A im bliżej zmian tym częściej pojawia się w głowie pomysł fryzjera mojej mamy: „powinnaś się zafarbować na kur****i rudy”.
A w dniu kiedy się ten plan ziści… świat pozna mnie z innej strony, lepszej, silniejszej…

 


[źródło zdjęcia: tumblr]

Wishlist

8 komentarzy

Podobno warto jest mieć te marzenia, zarówno małe i duże… przyszłościowe i te które spełnić można w każdej chwili, wystarczy tylko sposobność… I wczoraj tak zastanawiałam się ile to czasu (cennego) poświęciłam na rozmyślaniach czego „chcę, pragnę, potrzebuję”. Było ich tak dużo… tak wiele się spełniło, a zarazem tysiące z nich gdzieś uciekły. Choć część z nich była taka trywialnie przyziemna. To i tak czerpałam z nich to wewnętrzne ciepło, którego każdy z nas potrzebuje. O tych większych nie napiszę, bo przecież nie chcę zapeszyć. A te małe? Postanowiłam wypisać tu jako listę, wishlistę… jakby ktoś chciałby zrobić mi prezent (żart)  :roll:

1. Egyptian Magic (Wszechstronny krem pielęgnacyjny) – marzenie dla każdej skóry warte 98 zł (za 59ml), ale która z nas nie chciałaby poczuć się jak Kleopatra… Skład kusi, bo w jednym małym pudełeczku zamknęli oliwę z oliwek, propolis, wosk i mleczko pszczele, miód i pyłek kwiatowy.

2. Żel do brwi (na zdjęciu firmy MAC) – ile ja bym dała za piękne, ujarzmione brwi… w tym przypadku jakieś 70 zł.

3. Macadamia Natural Oil, Maska głęboko odżywcza – Na jej punkcie oszalał cały youtube, podobno lepszej nie ma. Moje włosy są dość wymagające, chciałam wiec sprawdzić, czy z nimi też da sobie radę… Ale czy warto ryzykować za 100 zł ? Jak na razie się nie odważyłam i „pocieszam się zamiennikiem” z Biovaxu.

4. Drewniany grzebień do włosów

5. Mgiełka zapachowa Warm Vanilla Sugar, Bath & Body Works – odkąd pierwszy raz moje nozdrza poczuły jej zapach i rozpłynęłam się jak masło na słońcu, nie mogę o niej zapomnieć. Dawno tak cudownej nutki wanilii nie czułam.

I z innej beczki, najważniejsze rzecz na którą poluję, ze względu na rozpoczęcie sezonu rowerowego, czyli koszulka termoaktywna.
A że jestem kobietą praktyczną to obecnie tylko na nią odkładam pieniążki, kosmetyki będą musiały trochę poczekać…
A czy któraś z Was (zwracam się głównie do płci pięknej) używała powyższych kosmetyków? Może mi coś polecić? I pochwalić się swoją wishlistą.

 

Przepięknej Wiosny za oknem ( i w serduchu)  Wam życzę :*

Przetrwać Święta!

2 komentarzy

[źródło zdjęcia: mediawebapps]

Jako dziecko strasznie lubiłam każde święta, byle z rodziną. Od tamtego czasu minęło parę lat i jak mawiają:
„You know people… people get old and things change, and situations change”.
Tylko, że ja ciągle nie wiem, czy to ten świat zaczął kręcić się w przeciwną stronę? Czy to może moja rodzina uległa transformacji?
Mogło być też tak, że jestem tak złym i parszywym człowiekiem, który nie zasługuje na nic dobrego, a to co się dzieje teraz to karma, która wróciła i kopnęła mnie tam, gdzie zabolało najbardziej?
Historia ta ma swój początek dwa lata temu, kiedy to jeden członek mojej rodziny  zranił mnie tak bardzo, że do dziś czuję jak serce mi drży na samą myśl, a łzy cisną do oczu. Niby nie boli już tak bardzo, ale… pamiętam. Choć najgorsze było to, że któregoś dnia obudziłam się i poczułam jak bardzo ludzie którzy byli głęboko w sercu, są obcy, tak po prostu. Jak ten zwykły szary człowiek na ulicy, którego mijasz na ulicy i nawet nie zapamiętujesz. I kiedy kolejny raz spotkaliśmy się przy Świątecznym stole… nic już nie było takie samo. A najgorsze jest to, że zostałam wykluczona… skreślona z listy rodzinnej. I nawet sama nie wiem czemu.
Przez całe dwa dni praktycznie zamienili ze mną i z R. może dwa zdania. A jeżeli już, to próbował udowodnić mi jak mało znaczącym elementem jestem, w jego idealnym życiu.  Wyobraźcie sobie, że mimo tego, że to my byliśmy „gośćmi bardzo serdecznie zaproszonymi” staraliśmy się zagadywać, żartować, raz po raz … i albo temat nie był kontynuowany, albo po prostu… nikt nie zwracał na nas uwagi. Niby nic, ot zwykłe upokorzenie, które przeżył zapewne każdy z nas… Tylko, że po rodzinie bym się tego nie spodziewała. A to właśnie dzięki nim spędziłam najgorsze święta mojego życia. Czułam gdzieś w środku, że to się tak skończy, ale w najgorszych snach nie sądziłam, że pół soboty spędzę w łóżku płacząc… A wszystkie te sprzeczne stwierdzenia przeplatały się bezzustannie. Bo jak można powiedzieć „będę stać za Tobą”, a potem rzucić jak lwom na pożarcie. Zostałam zlana tak ciepłym moczem, że aż się zagotowałam, bo „Nie wolno tak ludzi traktować! Jesteśmy jednym plemieniem, ty jesteś plemieniem, ty jesteś plemieniem i ja też jestem plemieniem!”.

A jak najłatwiej przetrwać święta z rodziną?:

[źródło zdjęcia: izilol]

Sportowy duch!

9 komentarzy

W życiu każdej pary przychodzi taki dzień, że zamiast chodzenia tu, tam i siam z wielu względów woli czasem (a czasem nie ma wyjścia) posiedzieć w domu przed telewizorem. Tak i my osłabieni przez zimowe mrozy między jednym, a drugim dniem
kanapowym,”obudziliśmy” się z zimowego letargu i zaczęliśmy się zastanawiać… czy bycie  „couch potato” jest sposobem na cokolwiek. I powiem jedno – nie jest! Wstyd i hańba spojrzeć sobie w oczy w lustrze.
Nie tak dawno temu przeżywałam ekstazy dzięki ćwiczeniom i cieszyłam się z każdego bolącego mięśnia. I tak właściwie to oboje bardzo lubimy sport, nie tylko oglądać w telewizji. Jak to się mogło zatem stać?! I have absolutelly NO IDEA!
Ale cytując R. „nie skupiaj się na problemie, a na tym jak go rozwiązać”.
Doszliśmy do jedynego słusznego wniosku – „Będzie Tego!”. Odbyliśmy bardzo długą i szczegółową rozmowę dotyczącą żywienia, diet, ćwiczeń. Podjęliśmy konkretne decyzje i wyznaczyliśmy cele związane nierozerwalną przysięgą ich wypełnienia.Pod groźbą reperkusji, co by wymówek nie było. Przypieczętowaliśmy wszystko uściskiem dłoni i obietnicą wzajemnego wsparcia jako „trenerzy” sadyści! A że w tej kwestii idealnie się dobraliśmy, nie obędzie się bez nutki przyjemności. Lepiej być nie mogło.
Nie zgadniecie co stało się dalej … zachorowałam na zapalenie oskrzeli. Ironia losu, prawda? Ćwiczenia zostały odroczone. Na termin „po świętach”. Tak jak jazda na rowerze, która mogłaby się skończyć śmiertelnie, poprzez nocne uduszenie…

Mimo wszystko nie zraziliśmy się i motywację mamy idealną – Słońce, Plaża, Zimne Drinki… i kostiumy kąpielowe. Więc już widzę mojego Adonisa i siebie z wiatrówką (Eirene odezwę się w jej sprawie do Twojego Dziadka :*) polującą te wszystkie (napalone) dziewoje!

[źródło zdjęcia: treningmentalny.files.wordpress.com]

Wspomnienie jesieni…

6 komentarzy

Jesień.
Zimne powietrze, tory ciągnące się donikąd. Zapatrzona w nie, stała w przejściu między przedziałami wsłuchując się w rytmiczny stukot.
„Początek nowej drogi, nowego życia i nowej historii” – myślała radośnie.  Wyszła z pociągu, podniosła głowę z jej oczu biło  szczęście, rozejrzała się wokół. Widziała tłum ludzi  podążających gdzieś, do celu i ona sama miała cel, do którego również zmierzała.Szła szybko między
ulicami miasta, mijając kolejne osoby. Zachowywała się jakby dokładnie widziała, gdzie ma iść, pomimo obcości wszystkiego wokół niej. Nie przeszkadzało jej to. Najważniejsze było to, że właśnie tu i nigdzie indziej miała rozpocząć swoją nową „drogę”.
Nagle zatrzymała się, spojrzała w bok – jej oczom ukazała się boczna, ciemna uliczka, nie wiadomo czemu okazała się dla niej tak interesująca,
wnikliwie i nieprzerwanie się jej przyglądała. Na chwilę spuściła wzrok poczym ruszyła biegiem na drugą stronę ulicy,  nie zauważając pędzących aut. Usłyszała pisk opon, wykonała szybki zwrot. Jej oczy spotkały się z oczami kierowcy, którego auto uderzyło w nią. Było już za późno by uciec, straciła przytomność, a kiedy otworzyła oczy widziała krótkie migawki z obecnej rzeczywistości – tłum gapiów, lekarzy, słyszała syreny, różne głosy, jednak nie potrafiła nic powiedzieć ani się ruszyć. Zakrztusiła się, splunęła krwią, krajobraz zaczął się rozmazywać, wszystko zaczęło
się oddalać,uciekać… Ostatni wydech, ostatnie tchnienie.
Koniec historii.

- written by Blondie (Cynamonowa)

By pokonać trądzik i wygrać walkę z moją „szatańską” skórą twarzy chwytałam się prawie wszystkiego przez ostatnie 9 lat.
Był płacz, były nerwy, setki wydanych złotych i zero poprawy.
Chciałam od razu zaznaczyć, iż nie miałam bardzo drastycznego trądziku (nie występowały torbiele ani cysty), z jakim wiele osób się zmaga. Aczkolwiek był dość dokuczliwy i zostawił po sobie wiele przebarwień. Nie ukrywam był to mój kompleks i do dziś wkurza mnie gdy jakaś dziewczyna „przeżywa” 1 pryszcza przed miesiączką, lub „duże pory” zlokalizowane tylko na nosie, bo to przecież tragedia. Really?
Kluczem do mojego sukcesu była rozmowa z moja koleżanką (kosmetyczką), jakieś… 2 lata temu, która otworzyła mi oczy i zmieniła moje podejście do pielęgnacji o 180 stopni.
Najważniejsze co mogę doradzić to:
1. NIE WOLNO wyciskać, bo tym samym maltretuje się twarz i robi się sobie krzywdę. Sama miałam z tym problem, ale wierzcie mi da się, tylko trzeba przestać oglądać twarz w lustrze z bliska :)
2. Zaczęłam NAWILŻAĆ! I choć tym samym zabiłam wielki mit o „oczyszczaniu i matowieniu”,to moja skóra dzięki temu poprawiła się znacząco.
Moją skórę obecnie nawilżam żelem hialuronowym i olejkiem arganowym.
Ale w tym wypadku są różne kombinacje dozwolone, ale warto pamiętać by krem/serum/olejek nie był KOMEDOGENNY (nie zapychał porów).
Zadacie w tym miejscu sobie pytanie „Gdzie tu logika? Na skórę tłustą olej”. Sprawa jest bardzo prosta. Skóra wydziela sebum w celach ochronnych, gdy jest wysuszona. Więc gdy ją myjemy sprawiamy, że produkcja sebum się zwiększa i kółko się zamyka. Natomiast gdy nałożymy olej, skóra zostaje nawilżona i powyższego problemu nie ma.
3. Odstawiłam/Ograniczyłam wszystko co wysusza skórę, czyli- alkohol, słońce i silne detergenty w żelach do mycia twarzy.
Cerę myję żelem do higieny intymnej Facelle (I choć pewnie się dziwicie, to obecnie pół naturalno-kosmetyczno-włosowego światka go używa. Zgodnie z przeznaczeniem, do twarzy i do włosów. Bo takim składem nie wiele żeli może się pochwalić, a cena… 4,99zł… kusi!)
Ochraniam skórę przed słońcem (min. SPF 30) i ograniczam opalanie, a moim ulubionym tonikiem od dłuższego czasu jest tonik z octu jabłkowego.
4. „Przyjaciół” zwalczam naturalnymi środkami, a konkretnie olejkiem z drzewa herbacianego. To mój HIT i z nim się nigdy nie rozstanę.
5. Postawiłam na naturę, głównie:
- zioła tkj. lukrecja i kozieradka
- drożdże do picia, a dla osób które nie są w stanie suplement z drożdży piwnych.
- miód, jogurt, mleko, owoce, płatki owsiane – okazało się, że mogą przydać się nie tylko w kuchni :mrgreen:
6. Systematycznie stosuję maseczki, ale nie gotowe. Najczęściej są to:
- jogurt naturalny + tabletka aspiryny/kozieradka/olejek z drzewa herbacianego/miód + glinka zielona.
7. Nigdy się mocno nie malowałam, ale w pewnym momencie w ogóle zrezygnowałam z podkładów, pudrów itp. Obecnie przerzuciłam się na kosmetyki mineralne. Z bólem serca, ale muszę zaznaczyć, że jak każdy człowiek jest inny, tak samo każda skóra na nie inaczej reaguje i wiem, że kosmetyki (kolorowe) mineralne nie u każdego się sprawdziły.  U jednych wystarczyło zmienić firmę u innych trzeba było całkiem z nich zrezygnować.

Pamiętajcie, że przyczyną „wykwitów”  może być również dieta np. potrawy ostre, mocno przetworzone, nabiałowe itd.
Należałoby więc, też przeanalizować dietę i wzbogacić ją w „naturalne przeciwutleniacze” – źródła wit. A, E i C w celu m.in. wsparcia gojenia się zmian trądzikowych, jak również ogólnej
Mam nadzieję, że udało mi się podzielić moją wiedzą w sposób logiczny, a forma jest spójna i choć jednej osobie przydadzą się te informacje.

Zostałam trochę namówiona, na dodanie swoich zdjęć, mimo wstydu. „Wycięłam” moje policzki (mimo iż zmiany trądzikowe były na całej twarzy), ze zdjęć które w miarę oddają stan jaki panował i panuje na mojej buzi. Chciałam jednakże zaznaczyć iż mój aparat rozjaśnia kolory na zdjęciach (o jakiem 2-3 tony) i moja skóra wygląda na zdjęciach lepiej niż w rzeczywistości, tak troszkę wyjaśniając.  Odkrywam się przed wami, mam nadzieję, że to docenicie :P :

Piątkowe inaczej.

2 komentarzy

Ostatnio rozmawiałam z moją koleżanką na temat miłości (jakże oryginalny temat, wiem), ale takiej romantycznej. Opowiadała mi o cudownych filmach, cytatach… Przeszła przez wszystko – Listy do Julii, Szkołę Uczuć, Słodki Listopad, Notting Hill, Love Actually, Titanica, Wichrowe Wzgórza i Przeminęło z Wiatrem.  Ja słuchałam, grzecznie potakując główką i próbowałam sobie poprzypominać, poukładać w głowie, zrozumieć, było ciężko, czasem nawet bardzo, bo (jak już pewnie wspominałam) mój upośledzony romantyzm daje się w takich sytuacjach we znaki. Czułam w głębi, że w końcu będzie chciała, żebym to ja coś powiedziała. I nagle pustka… przepraszamy Twój mózg ma awarię! I wiecie co… pośród tej pustki znalazłam jeden cytat, z którym utożsamiam się tak mocno, że za każdym razem jak go czytam mam łzy w oczach… Teraz nadszedł czas ujawnienia jego źródła… Chris Miles, postać z serialu Skins (wersja U.K.) … i tylko w jego wykonaniu miało to sens,  najszczersze nieoheblowane uczucia. Nie przeciągając…

„I don’t know what I’m meant to say.
I was perfectly happy killing myself, but then you asked me to try. And for the first time in my life it felt like someone actually gave a shit, and that that person was worth trying for.
And… and now… I’d make the world record biggest sandwich if you asked me to. I’d kick old grannies in the tits. I’d fill the rivers with Panda Pops. I fucked up big time. I’m more than sorry. I love you Jal.
You’re my whole world

I nigdy ale to nigdy nie mogłam wybaczyć Twórcą, że uśmiercili moją ulubioną postać.
Mimo tego, że widziałam ten odcinek setki razy, ciągle płaczę w dokładnie tym samym momencie!

Till Death Do Us Part

112 komentarzy

Miała być inna tematyka, ale to cholerne natchnienie w postaci ludzi „życzliwych”.  Dla przypomnienia, żebym nie zapomniała że istnieją:

Koleżanka: Macie już datę ślubu?
Ja: Nie. W sumie to jeszcze o tym nie myśleliśmy… Nie spieszy nam się.
K: Dziwne, przecież to normalne, że jak ludzie się zaręczają, to chociaż idą termin ślubu zaklepać. Ile chcecie czekać 10 lat? Ja bym się źle z tym czuła…
J: Heh… 2-3 lata, mniej więcej… A ja sama chciałabym się oswoić z „przeżyciem własnego wesela”. A poza tym ja chcę ślub tylko cywilny, więc może z terminami tak źle nie będzie.
K: Tylko cywilny? Czemu? No tak, jak nie jesteś wierząca.
J: Wierzę w Boga, ale nie wierzę w instytucję, jaką jest kościół.
K: Nikt nie wierzy. Dla mnie cywilny, to nie ślub, papierek tylko… no ale każdy ma prawo do własnego zdania.

A żeby Cię obesrało!

Wiem, że nie powinnam się tłumaczyć, ale odkąd pamiętam słowo ślub budziło u mnie gęsią skórkę. Przez całe liceum i 1 rok studiów twierdziłam, że ja ślubu nie wezmę, chyba że w Las Vegas, żeby rodzinie na złość zrobić. Minęło parę lat i moje podejście trochę się zmieniło – przestałam być na nie, ale wiele kwestii tradycyjnego obrządku ślubnego mi nie odpowiada, ba… jest nie do zaakceptowania.
Mówiłam już że nie jestem typową kobietą? To teraz chciałam uroczyście ogłosić iż Cynamonowa nie marzy o hucznym weselu, jak z bajki… A tym bardziej nie o byciu „bezą” w sukni ślubnej. FUJ!
Ale od początku…
Nigdy nie lubiłam chodzić ani na śluby ani na wesela. Nigdy nie widziałam różnicy między wychodzić za mąż, a żenić się, bo skoro opisują to samo zjawisko, to są synonimami. (w końcu Mama wbiła mi to go głowy!).
I zawsze ale to zawsze było mi szkoda tego biednego Pana Młodego, który musi zachowywać się odpowiednio, wpasować w wizję Panny Młodej bo jak nie to umarł w butach. A najlepiej żeby jeszcze za to wszystko zapłacił!
I ta cała szopka… przesądy/wróżby złe i dobre/ co można co nie można. Tylko po to żeby najszczęśliwszy dzień w życiu dwóch osób zamienić w CYRK na kółkach.
Suknia ślubna? Niepotrzebny wydatek!
Kamerzysta? Chyba po to bym miała lęki!
Oczepiny? Żebym modliła się o szybki koniec.
I najgorsze… Tańce z KAŻDYM KTO POPROSI!  Można nie przyjść na własne wesele? Załatwię sobie zwolnienie lekarskie!
W zeszłym roku, moja ciotka mi powiedziała, że przecież wesele nie jest dla Państwa Młodych. Jest dla GOŚCI! (gwóźdź do trumny) I jak grom z jasnego nieba… w mojej głowie zroił się pomysł - to niech goście sobie sami to wesele zorganizują, a ja z moim wybrankiem pojadę na Karaiby!
A  teraz kiedy mógłby stać się namacalny to… jestem przerażona. Nie dlatego, że go nie chcę. Dla mnie same zaręczyny były wielkim krokiem, potwierdzającym wobec Boga, Nieba, Piekła i całego Świata, że ja chce z R. spędzić resztę swojego życia.  Przeraża mnie to, że ludzie ode mnie trochę bardzo tego wymagają – POWINNAŚ! A ja chce żyć jak chcę. Nawet gdybym miała wziąć ślub za 5, 10 czy 30 lat. Dla mnie to nic nie zmieni.

A wiecie dlaczego ślub cywilny był, jest i będzie opcją idealną dla mnie, od zawsze na zawsze?
Przede wszystkim wiąże się ze wspomnieniem -  pozytywnie pamiętam tylko jeden ślub, drugi, cywilny mojej babci… jedyny który pamiętam dobrze, mimo tego że miałam 5 lat. Krótka ceremonia, podpisy, jedno zdjęcie i do domu. Kolacja w gronie rodzinnym i Happily Ever After.
A drugą ważną kwestią, byłby skromniejszy, dla 40 osób a nie 140. Przeżyłabym mniejszy stres, dzięki czemu czerpałabym z niego większą radość. No i byłby taki Nasz…

[źródło zdjęcia: tumblr]

A jeżeli jeszcze raz mnie ktoś o ślub zapyta, to Bóg mi świadkiem, powiem że nie biorę i już!

„Cukru mu!”

14 komentarzy

Ale o Testosteronie nie będzie.

Ostatnio znalazłam na jednym z blogów(pragnę zachować jego anonimowość) komentarz który w moim skrócie niósł przesłanie:
kawa z cukrem – NIE, batonik muesli – TAK„!
Już wiecie co ja o tym myślę? Zanim się przyznam, to przeanalizujemy ten „problem”.
Załóżmy że Pani B. słodzi kawę 1 łyżeczką cukru białego i pije 2 kawy dziennie.
A Pani A. je 1 batonik muesli dziennie, na drugie śniadanie.

1 łyżeczka mieści ok 5g cukru. Co w przypadku dwóch kaw dziennie daje 10g cukru.
Co w przeliczeniu na wartość energetyczną daje 40kcal.
1 baton musli (bez firmowy) waży 30g a jego wartość energetyczna to 115 kcal. i zawiera ok 20g cukrów prostych.
Mogłabym nawet bronić  batonika, bo zawiera błonnik. Tylko, że większość z nich zawiera do 2g błonnika, a średnia ilość którą powiniśmy spożywać to DO ok 40g dziennie. Dla mnie rachunek jest matematycznie prosty.
Fakt, lepiej jest wcale nie słodzić, ale nie zastępujmy cukru cukrem. Ani nie przypisujmy produktom „zdrowotności” (bo takie stwierdzenia też słyszałam), jeżeli wcale nie są takie super zdrowe. Może w porównaniu z innym batonikiem czysto czekoladowym tak, ale stanowczo Panna Cynamonowa stawia na Jabłko albo Jogurt.
Chciałam też dodać dygresję, dla ludzi którzy walczą z CUKREM (a właściwie SACHAROZĄ dwucukrem złożonym z D-fruktozy i D-glukozy), bo cukier to biała śmierć, pragnę zauważyć iż ostatnimi czasy dietetycy radzą, by unikać  cukru prostego, jakim jest FRUKTOZA (która to zaczęła być obwiniana za promowanie tycia i powodowania uszkodzeń wątroby), powszechnie obecna jest w owocach. Chociaż radziłabym nie wywoływać paniki, gdyż owoce dalej są uznawane za produkty zdrowe i polecane. Aczkolwiek lepiej z nimi nie przesadzać, a dla osób  które się odchudzają polecałabym jednak spożywać warzywa. I robaczki moje kochane, czytajcie składy, nie słuchajcie wszystkim reklam krzyczących „cukier ukryty w produktach” gdyż każdy producent ma obowiązek podawania dokładnego składu(w tym wszystkich węglowodanów) i go podaje. I nie dajcie się zwariować.
A w związku z tym, że obraz przemawia najmocniej:

[źródło zdjęcia: AgnesBlog]

[źródło zdjęcia:osczasu]

Nikt tak pięknie nie mówił o miłości jak Grabaż (pisownia o dziwo poprawna! klik). Tylko jego słowa odciskały się niczym pieczęć na mym upośledzonym romantycznie sercu. Te same nuty rozbrzmiewają w nim od lat.
A od pewnego czasu w rytm Jego oddechów bije. Mocniej niż kiedykolwiek wcześniej.
Na tę „okazję”:

Romans, który nigdy nie zgasł.
Rozpalił się nowym płomieniem.
Ty i ja, tacy sami jak wtedy.
Kiedy uczucia brały nad nami górę.
Gdy nic innego się nie liczyło.
Zakochani.
Trochę mocniej.
Trochę bardziej.
I znowu czuję się jak mała kobietka, w ramionach Niedźwiedzia.

                                                     – written by Blondie (Cynamonowa)

Słowo na Niedzielę.

16 komentarzy

Po burzliwym tygodniu i (zbyt) wielu przypadkach podniesienia ciśnienia. Doszłam do jedynego słusznego, zarazem najlepszego wniosku. ” To ch** Ci w dupe stary!” Jeżeli ktoś z Was nie oglądał filmu Nic Śmiesznego to w tym momencie polecam serdecznie, Cynamonowa.
Skąd taka nagła zmiana?
Po pierwsze długa nocna, piątkowa rozmowa z R. ukoiła mnie wewnętrznie. Bez zbędnych tłumaczeń, bo on wie wszystko, czyta z oczu i między słowami, zawsze rozumie i przemawia do rozsądku tak jak nikt inny.
Po drugie idzie Wiosna… Co z tego, że w weekend królowały opady deszczu, a wiatry o mało nie zdmuchnęły wszystkiego z powierzchni ziemi. To wierzcie mi … Ja ją czuję… wiatr niesie jej zapach… słońce inaczej świeci… a ptaki fruwają wyżej… I to błękitne niebo … wychodzące zza chmur. :roll:

Dalej będzie z innej beczki, dla odmiany Kosmetycznie. Choć troszkę w innej formie, gdyż będzie to APEL do wszystkich kobiet. :)
Zima powoli dobiega końca i moim oczom w autobusach, na uczelni i na chodniku witają mnie takie włosy:

[źródło zdjęcia:blondhaircare.com]

Nie żebym się czepiała, ani kogoś chciała oceniać. To głównie chodzi o moje poczucie estetyki(?), lub wynika z uwielbienia do długich, ale zdrowych i pięknych włosów. Poza tym zawsze głupio mi podejść do nieznajomej dziewczyny i powiedzieć: „Hej, masz takie długie włosy, szkoda tylko, że są takie zniszczone. Zrób coś z tym”. Sama kiedyś nie przywiązywałam do tego uwagi. Nie używałam nawet odżywek, a co pół roku rozjaśniałam włosy. Opamiętałam się dopiero gdy były tak suche jak pieprz, a ich objętość zmniejszyła się o połowę… i dalej wypadały garściami. Od tamtej pory moja pielęgnacja parę razy zmieniła się o 180 stopni. Nie mam zamiaru przekonywać nikogo do robienia tego wszystkiego co ja
(chyba że ktoś poprosi :roll: ). Zdaję sobie sprawę, że nie każda z Was ma czas na siedzenie w maskach, nakładanie olejów, robienie płukanek itd itd. Ale zastanówcie się, czy nie warto czasem po umyciu włosów nałożyć na końce jakiekolwiek serum (byle nie z alkoholem), lub najzwyklejszą odżywkę nawet taką napakowaną sylikonami, na 2-3 minutki po myciu. Czasu stracicie niewiele, a włosy „będą wdzięczne” i pod wpływem noszenia czapki, ocierania się o szalik, czy kurtkę nasze zamienią się w zmiotkę. Tak ładnie Was proszę :)
Ponadto wszystkim tym, którzy uważają, że podcinając końcówki raz na 3 miesiące nie trzeba włosów zabezpieczać, chciałam zaznaczyć iż niezabezpieczone rozdwojone końcówki zaczynają „iść” w górę. I możecie się bardzo zdziwić jak fryzjer stwierdzi że włosy trzeba podciąć nie o 2 a o 15 cm. Bo czy nie lepiej cieszyć się Wiosną z pięknymi, lśniącymi włosami?
Czego Wam Wszystkim (jak i sobie) życzę.

[źródło zdjęcia:polyvore.com]


[źródło zdjęcia:tumblr]

Czuję się jak wtedy w roku 2011. Mineło tak wiele miesięcy, a zarazem tak niewiele, by uczucia toważyszące mi wtedy były  namacalne.
Jakby nigdy nie odeszły. Może ja je tylko stłumiłam, albo wrzuciłam w kąt, by teraz w trakcie „wiosennych porządków” odkopać je na nowo.
Pasują jak ulał, jak pantofelek na stópkę kopciuszka, w równym rzędzie stoją: odrzucenie, smutek, na czele z samotnością.
A ja kolejny raz padam na kolana, zalana strumieniem łez, bez sił. A wstać trzeba, tak samo jak żyć dzień po dniu i przekraczając próg „domu” grymasem maskować uśmiech. I trzymać tą „maskę” modląc się o szybki powrót do domu, by wtulić się w Jego ramiona i na chwilę zapomnieć… odlecieć w przestworza niebytu i poczuć ulgę, choć na chwilę.  W chwilach takich jak ta, mam wrażenie, że moja terapia skończyła się za wcześnie… Kolejny raz przypiedoliłam w ścianę,  nie zabolało ani mniej, ani bardziej niż zwykle. Mimo to jakoś nie umiem przywyknąć.

A może by tak, dać ogłoszenie do prasy, jak za starych dorbych czasów:
Pani 23 lata, pozna Panią w wieku 21-35 lat w celu wspólnego spędzenia czasu, by do końca nie zadręczyć swoich mężczyzn. I by nie wrócić do stanu z 2011 roku… Boże błagam Cię!

 

[źródło zdjęcia: tuxboard.com]

 

One last candle to keep out the night
And then the darkness surrounds me
I know I’m alive
But I feel like I died
And all that’s left is to accept that it’s over
My dreams ran like sand through the fists that I made
I try to keep warm but I just grow colder
I feel like I’m slipping away.”

Nie wielu z was pewnie wie, ale nie lubię się wywnętrzniać każdej napotkanej osobie, przychodzi mi to bardzo ciężko. Ale odkąd istnieje mój blog, mam możliwość by anonimowo wykrzyczeć to co mnie uwiera i tłamsi. Więc jeżeli Ty, drogi czytelniku zbłądziłeś i chciałeś poczytać o czymś miłym, to zmień bloga, póki jeszcze czas…

Ostatnimi czasy w moim życiu dzieje się dużo i czuję, że powoli kruszę się od środka. Dlatego dzisiaj będzie bardzo osobiście, bez przenośni, prosto z mostu. Gdyż informacja ta spadła na mnie jak grom z jasnego nieba. Niby człowiek rozumny, wiedział, że mama M. jest w ciężkiej sytuacji zdrowotnej i że psychicznie podupadła. Miał nadzieje, jak dziecko ślepo wierzył, że klub Amazonek pomoże, że rozmowa pomoże…
Dziś usłyszałam, jak skazaniec wyrok ostateczny – „Mama M. ma depresje” i teraz siedze jak to dziecko i płaczę, bo czułam, gdzieś w środku … Bo to była najtwardsza kobieta jaką znam, którą nic nie złamało, a wierzcie mi przeżyła więcej, niż ktokolwiek inny by mógł. A psychika krucha jak płatek, się złamała… Płaczę, bo martwię się też o M., która ma dużo za dużo na głowie, a codziennie na kark dochodzi nowe obciążenie. A ona kręgosłup ma jeden… boje się, że się złamie. Szczególnie, że ciągle w trasie musi być, taka parszywa praca. Ja wiem, że ona resztkami sił daje rade. Przede wszystkim dla Mamy, by nie dokładać jej problemów, w środku… ledwo się trzyma. Bo wali jej się wszystko, ze wszystkich stron.
Próżno zadawać „Temu który mieszka w niebie” pytania „Dlaczego”, bo nie odpowie, da mi tylko czas, bym sama zrozumiała, tak jak wtedy.
Najgorsze jest to, że nie da się komuś zmniejszyć ilości obciążenia, to nie komputer że usuniesz kilka zbędnych folderów i pamięć RAM się zwiększy. Dałabym wiele, by jej mogło być lepiej.

W niedziele ją zobaczę, wtedy to ja powinnam być silna i trzymać się dla niej. A obawiam się, ze się rozsypię… Oddycham głęboko, a łzy same podchodzą do oczu.  Jak mam ją podnieść na nogi, skoro sama ledwo się na nich trzymam?

[źródło zdjęcia: tumblr]

Na dobry początek…

5 komentarzy

… weekendu oczywiście. Jeszcze niecałe 1,5 godziny i upragniona sobota, po ciężkim i bogatym w pracę tygodniu.

Patrzysz na mnie, głęboko penetrując zakamarki każdej komórki mojego ciała.
Nasze oczy – złączone jakby w całość, a jednak między nimi pioruny.
Wprawiasz moje ciało w stan nie do opisania słowami.
Tętno przyspiesza.
Rozszerzają się źrenice.
Kiedy słyszę Twój głos, oblewa mnie fala gorąca.
Raz po raz, bez końca.
Marzę:
o Twoich ustach błądzących po mojej skórze,
o Twoim ciepłym dotyku.
Nasze ciała tworzące jedność.
Równe oddechy,
Wpatrzeni w siebie,
Szczęśliwi.
Giniemy w bezdennej przestrzeni naszych uczuć.
     – written by Blondie (Cynamonowa)

„Comfort food”

10 komentarzy

Gdy moim oczom pierwszy raz ukazał się ten termin pomyślałam „kolejny wynalazek”.
W angielskich artykułach tłumaczą go, a właściwie to jedzenie jako tradycyjne, które prócz smaku, energii, dostarcza również pozytywnych odczuć związanych min. ze wspomnieniami z dzieciństwa, jak i również tych związanych z konsumpcją. Ot nic dziwnego. Zdziwiło mnie, kiedy czytałam dalej i  znalazłam definicję -  „JEDZENIE KTÓRE ZWALCZA SAMOTNOŚĆ”. Czy mogę się z tym zgodzić?
Jakieś 2-3 lata temu znalazłam wykres obrazujący wzrost wydzielania dopaminy (hormonu szczęścia) po określonych „impulsach” … i wyobraźcie sobie moje zdziwienie, kiedy okazało się, że na 2 miejscu, zaraz po orgazmie był kotlet SCHABOWY!  Na zaszczytnych wysokich miejscach plasowała się czekolada (na równi z całowaniem) i banany.

[źródło zdjęcia: tumblr]

To było jeszcze przed przeczytaniem innego artykułu, na którym dziś będę bazować. Zgodnie z badaniami, które znalazłam „wyrzuty” dopaminy następują podczas jedzenia/seksu i/lub podczas „spodziewania się” jedzenia/seksu. „ no i ja się tego dnia odnalazł”.
W tym samym artykule stwierdzono, że ta zależność tłumaczy tzw. efekt jo-jo. Podczas odchudzania spada nam poziom dopaminy i potem go „nadrabiamy”. Co ciekawe sztuczny wzrost poziomu dopaminy (spowodowany kofeiną, alkoholem tudzież nikotynom) może zastąpić nam posiłki. Czego oczywiście nie polecam, jak zawsze będąc hipokrytą który kawę pije litrami, a papierosy dopiero niedawno odstawił.
O ironio, jeden hormon tłumaczy to całe „zajadanie smutków”, lub jedzenie słodyczy gdy mamy tzw. chandrę. Coś w tym jest…
Nie tak dawno temu moja koleżanka głosiła tezę, że zamiast faceta woli jeść czekoladę i biegać… niestety nigdy nie zdołała mnie do niej przekonać. I tu tak naprawdę kończy się aspekt żywieniowo-psychologiczno-endokrynologiczny, a zaczyna filozofia. Gdyż my ludzie dokonujemy czasem dziwnych wyborów… np. nasz styl życia uwarunkował zmiany dotyczące jedzenia, których skutkiem był wielki „BOOM” na produkty tzw. ready to eat, a niewiele później sami zaczęliśmy negować coś do czego w pewien sposób dążyliśmy (tyczy się to ró wnież substancji konserwujących, ale powtarzać się nie chcę). I mam wrażenie, że obecnie wchodzi w życie nurt ukierunkowany do osób samotnych, lub jak wolimy to nazywać singli… już widzę te banery:” kup nasze produkty, tylko one podniosą Ci poziom hormonów szczęścia, jak długoletni związek!”

[źródło zdjęcia: tumblr]

Czy to możliwe… że kierujemy światem w tak dziwny sposób ?! Zamiast dbać o ludzi, którzy ograniczają/niwelują uczucie samotności… kierujemy swoje doznania w stronę odpowiedniego jedzenia. Tylko czy na 30 lat samotnych wieczorów starczy nam tej czekolady, tych papierosów czy alkoholu? Czyżbym mogła dożyć czasów, gdzie związki będą zastępowane jedzeniem? Zrobiło się postapokaliptycznie!

Nim się obejrzała zegar wybił 14:00, a był 16 luty  „A niech to” – rzuciła – „miałam napisać coś o Walentynkach”.

[źródło zdjęcia: tumblr]

Tak poetycko w życiu rzadko bywa, a ja sama zastanawiałam się czy w ogóle coś pisać. Przecież nasze społeczeństwo w przed dzień zaczyna dzielić się na dwa obozy (jak nie więcej) – przeciwników i zwolenników tego iście komercyjnego święta. Moje koleżanki planowały, szukały prezentów już wtedy, kiedy ja nawet nie miałam czasu o tym myśleć. Nie chciałabym do końca negować Święta ZaloFcianych, gdyż sama idea jest całkiem okej. Która z nas nie chciałaby, żeby jej ukochany rozgłosił całemu światu, że kocha. (Mam już liczyć ręce w górze?) Tylko, że … czemu tak tendencyjnie? W tym momencie odpowiedź na pytanie: Czy kupiłam coś mojemu R.? Wydaje się być jasna. Nie, gdyż dostał w prezencie mnie. A tak bez żartów, to trochę zbojkotowaliśmy walentynki. Nie było kina, ani restauracji, kwiatów, czy serduszek. Powinnam jeszcze dodać – „Dla nas walentynki trwają cały rok”… Tylko, że  po pierwsze było by to kosztowne, a po drugie każdy z nas zdaje sobie sprawę, że czasem ten jeden dzień w roku jest potrzebny (jak w przypadku dnia kobiet, dziecka, czy dzień chemika), a przyjemne spędzenie Walentynkowego wieczoru jest mile widziane. I wiecie co? Jak przypomnę sobie czasy podstawówki i tzw. pocztę walentynkową… to z uśmiechem na twarzy stwierdzam – Wtedy każdy z nas czekał na tą małą czerwoną karteczkę w kształcie serduszka… a dziś,  jako stare dupy się tego wstydzimy.
Wracając do piątku… Nie skłamię, że romantycznego wieczoru w naszym wypadku nie było, bo my o romantyźmie wiemy tyle, co mój pies na temat starożytnej literatury mongolskiej. Nikogo też nie ujmę za serce przyznając się, że oglądaliśmy Predatora, przy drinkach, czekoladzie i truskawkach. (Ale miło było bardzo, bardzo, bardzo!) Subtelni niczym rewolucja październikowa tymże miłym aspektem rozpoczęliśmy weekend …
A Wy? Waliliście-Drinki czy było Słodko-Pierdząco?

6 komentarzy

Cza­sami przychodzą w życiu człowieka ta­kie chwi­le kiedy ma się już wszys­tkiego dość.”


[źródło zdjecia: tumblr]

Wybuchłam, od środka … czułam jak moje trzewia odbijają się z hukiem o moją skórę od środka… plask plask … wątroba, serce, płuco, kawałek jelita… czułam jak zalewam się krwią od środka… a moje małe (ze względu na nikły wzrost) ciało zaczęło odczuwać ciśnienie, coraz większe i większe. Nie wytrzymałam i poryczałam się na ulicy pełnej ludzi.
Nigdy nie sądziłam że „zniżę się do poziomu osób wrażliwych” i „wzniosę się na wyżyny własnego masochizmu” i będę w stanie płakać przy obcych… płakać… ja ryczałam jak nigdy, łzy ciekły strumieniem, którego zatrzymać się nie dało( jak w anime). Deszcze nie obmył ich, nie ukoił bólu. To było najdłuższe 20 minut mojego życia.
Oczy bolą, głowa dudni, ujma na honorze, jak rana najgłębsza i najstraszliwsza … Nie serce a duma (ta cholerna duma) roztrzaskana w drobny mak. Ale pozbiera się… takie to życie parszywe. Sprawiedliwości…. błagam choć tu ku mnie, bo nie zdzierżę.
Najśmieszniejsze jest to, że wczoraj przeczytałam wpis jednej Panny M. z którym dziś utożsamiam się w 100%. Czemu śmieszne? Bo nie sądziłam, że mamy z sobą coś wspólnego… ale we dwie jesteśmy małymi wkurwionymi człowieczkami.

Wtorek

5 komentarzy

W taki dzień jak dziś, który o dziwo nie jest poniedziałkiem, mam ochotę zamienić się w Mallory Knox i po prostu… strzelać. Aczkolwiek zdaję sobie sprawę jak bardzo nieroztropne byłoby to z mojej strony i lepszym sposobem jest wyładowanie emocji w inny sposób. Więc zanim „zaszczycę” was jednym z moich straszliwych wierszy zacytuję Anonima:
 ” Czy dla ratowania mojej wiary w ludzi. Możemy przyjąć że Twoja ostatnia wypowiedź była wytworem mojej bujnej wyobraźni? „

Zaciągała się papierosem, a każda kolejna dawka nikotyny w płucach oddawała milion emocji minionych miesięcy.
Stała pod drzwiami czekając jak na skazanie. Nagle otworzyły się drzwi.
„wchodź” – usłyszała niski głos.
Powoli wsunęła się do pokoju w którym panował półmrok. Po prawej, na sofie siedział jej najlepszy przyjaciel, zaciągając się dymem papierosowym, na wprost niej klęczał jej ukochany… Z jego skroni powoli skapywała krew zmieszana z potem, jego tors poruszał się w rytm szybkich oddechów. Patrzyła na niego obojętnym wzrokiem… Podeszła do stolika, podniosła pistolet – dokładnie go oglądając, wolno obchodziła jego ciało. Widziała jak jego mięśnie napinają się w rytmie jej kroków. W powietrzu unosił się jego strach…
Podniosła lufą jego głowę, spojrzał na nią błagalnie. Ostrym ruchem zerwała taśmę z jego ust. Wydobył z siebie głośny syk.
- maleńka… – wykrztusił z siebie
- ciii… – zamknęła jego usta pocałunkiem
Przyłożyła lufę do jego czoła.
- chcesz coś powiedzieć zanim cię zastrzelę – powiedziała beznamiętnie
- … nie zabijesz mnie – powiedział pewnie
Załadowała broń.
- przekonamy się?
- kochasz mnie! kurwa przecież mnie kochasz!
Jej oczy przepełnił ból, a łza spłynęła jej po policzku. Zrobiła głęboki wdech. Pociągnęła za spust. Jego ciało bezwładnie opadło. Krew zaczęła rozlewać się po podłodze. Upadła na kolana i zaczęła płakać. Jej przyjaciel zgasił papierosa, podszedł do niej i wyciągnąwszy rękę powiedział delikatnie: „wstań skrzacie”. Wyrwał ją z letargu – otarła twarz.
- musimy pozbyć się ciała – powiedziała
- nie martw się o to – objął ją i wyprowadził z pokoju.

 Spełniła swoje marzenie i choć dławiła w sobie łzy, a cierpienie rozrywało jej serce, nie potrafiła w sobie znaleźć ani krzty poczucia winy.
Stała się katem, ale uwolniła się raz na zawsze.

                                                                              - written by Blondie (Cynamonowa)